wedrowki.radom.pl

Wola Bierwiecka – Radom 27 km. 11.XI.2006

Drogi Czytelniku!

 

Z racji nadszarpniętej biegiem czasu pamięci, zaszczyt mam przedstawić opowieść nieco ubogą w szczegóły, a jednak ponadczasową, której na przekór wydarzenia w niej zawarte są już odległą historią.

Wertuj więc uważnie drogi czytelniku treść owej gawędy, gdyż zaskakująca pointa wymaga o wiele więcej niźli rześkich oczu. Na koń więc!

….

Akcja rajdu jak zwykle rozpoczęła się wczesnymi godzinami porannymi, kiedy to podnieceni przyszłymi okolicznościami przyrody razem z Polem czekaliśmy 15 minut „pod zegarem” na jakiś autobus w stronę dworca PKP. Napięcie wzrastało, a kiedy po 20 minutach nic nie przyjeżdżało pomyślałem, że zawsze genialny plan rajdu ustalany przez nigdy nie błądzącego kolegę z Zamłynia nie wypali. Jednak i tym razem jego geniusz wziął górę bo raptem 10 minut później byliśmy już w drodze na kolei. Gdyby nie to ze na odcinku 200 metrów nie łapiemy zadyszki nigdy nie zdążylibyśmy na osobowy do Woli Bierwickiej. Tak jest … z resztkami niedopałka Polowego L&Ma wyruszyliśmy regionalnym TGV ku przygodzie. Karol zdążył wcześniej zagrzać miejsce na wygodnej czerwonej kanapie oznajmując przy tym, że już miał ruszyć w pojedynkę ale skoro już jesteśmy …

Jakież wielkie było nasze zdziwienie kiedy to w tym samym przedziale ujrzeliśmy naszą dobrą koleżankę (z racji podpisania kwestionariusza o ochronie danych osobowych nie ujawniamy jej nazwy) na którą wszyscy wołamy Kietla.

Była z jakimiś znajomymi więc szybko wróciliśmy do siebie, opowiadań o tym co kumple powinni o innych wiedzieć, o tym co było w ostatnim numerze Cosmo, który nóż najlepiej wchodzi w wykładowców i jaką to trasę mamy dziś do przejścia.

Jakieś 20 minut później staliśmy na starcie naszej wędrówki chcąc za wszelką cenę upamiętnić ten piękny dzień pstrykaliśmy foty jak chinole z autokaru.

Warto w tym miejscu przypomnieć iż był to rajd pieszy więc … szliśmy. I tak za jakiś czas na leśnej polanie skumałem się ze brak mi jednej rękawiczki na ręce ale heroicznie po sprawdzeniu terenu 15 metrów wstecz podjąłem decyzje, że nie ma się co wracać po tak błahy i dziurawy przedmiot. Nie narażając zatem moich przyjaciół na żylaki narzuciliśmy tempo przez las.

Wtedy to po kilku chwilach pierwszy raz zobaczyłem w akcji w terenie świętą rzecz Karola. Jego mapnik!. Ten przeklęty talizman miał nie raz w przyszłości zgubić nam drogę do celu, jednak w owej chwili czuliśmy dumę że chociaż jeden z nas wie gdzie jesteśmy i to bardzo dobrze bo po 10 minutach wiedzieliśmy gdzie jest stara kapliczka i w którą stronę mamy się udać no i gdzie zgubiłem rękawiczkę. Dalej zatem.

Dzikość i czystość otaczającej nas przyrody z jednej strony dodawała nam radości z wyrwania się z zakurzonej metropolii z drugiej zaś pozostawiała pewne wrażenie ze powinno to wyglądać nieco inaczej.

Pogoda nie spełniała warunków aby mieć pełne szczęścia samopoczucie. Było okropnie wietrznie a do tego bardzo zimno zwłaszcza na otwartym terenie. Jednak nasza wojskowa odzież i zahartowane ciała lubią kiedy gęsia skórka uczy je być jędrnymi tak jak życzą sobie tego kobiety, także droga przebiegała nam w miłych pogawędkach nie zważywszy na nieprzyjemny londyński klimat.

Po kilku kilometrach w poruszającej nawet kamienne serce Pola przyrodzie trafiliśmy w zwarte zabudowania jakiejś wsi [p.a. ta wieś to Lisów], gdzie uraczyliśmy gościnności w tamtejszej gospodzie. Jakże wspaniale było poznać mniejszość etniczną tamtego zapomnianego można by rzec przez innych rejonu naszej wspólnej ziemi.

Czy na przykład wiedzieliście dziadki moje że do gospody przyjeżdżają jeszcze książęta na białych koniach?

Że nietrzeźwi obywatele nie mają wstępu do karczmy a ich lica wystawiane są na pośmiewisko przybywających?

Że udogodnienia w spożyciu trunków znane są tylko tam.

A oto zaobserwowany nowoczesny krój odzieży motocyklowej wzorowany na najnowszej modzie Valentino Rossiego.

Nie daliśmy się jednak ogłupieć przepychem tej okolicy i po dokonaniu najpotrzebniejszych zakupów przeszliśmy od słów do czynów i poszliśmy dalej. „Po drodze” przekonywaliśmy Pola że palenie zabija jednak ten za nic miał nasze przestrogi.

Mijaliśmy przeróżne ciekawe i nieciekawe miejsca licząc od pięknej przyrody

po historyczne zgliszcza

i głęboko zastanawiające nieużytki.

Grzechem byłoby nie wykorzystać otaczającej przyrody i nie wziąć choćby kawałka z jej dobroci. Tak też i my zabraliśmy się do posiłkowania zagłębiając się w gęstwinę napotkanego lasu idąc jakieś 10 metrów od leśnej drogi. Pomysł nie był tak udany jak kiełbaski z ogniska bo co jakiś czas tubylcy wozili się polonezami, ale pysznie nam się to upiekło.

Oczywiście po ognisku śladu nawet leśniczy by nie znalazł co uznaliśmy za pewien omen i wszyscy zgodnie oddaliśmy mocz. Przed nami ostatni etap wędrówki, czyli wkraczanie na tereny zamieszkane przez ludność robiącą na co dzień zakupy w supermarkecie i uznającą wieszanie pościeli na balkonie za wiochę, jednak której chodzenie w klapkach z założonymi białymi skarpetami nie przeszkadza. Jednak wcześniej oczom naszym ukazały się dwa dziwne i niezgłębione światy. Świat pierwszy to:

1. Nie wiadomo co.

Jeśli któreś z Was w przyszłości odkryje funkcje tego ogromnego placu proszę zachowajcie tajemnice i powiedzcie nam co to. Otóż po wejściu na wał litej ziemi ujrzeliśmy głęboko zastanawiający widok. Jakieś … coś … po coś to było. Co chwile rzucaliśmy hasłami i pomysłami do jakich celów i czy to istoty z tej planety zrobiły to co widzieliśmy.

W każdym razie chęć zbadania do czego prowadzi kamienna droga wywołała u nas dreszczyk emocji, co naocznie zaobserwowałem u każdego z nas.

Oto co ujrzeć nam było dane. Jakiś żelazny cybuch. Po dokładnych oględzinach fachowców, stwierdziliśmy ze konstrukcja jest na tyle stabilna ażeby można na nią wleźć. Wiec powoli jeden po drugim z dziecięcym entuzjazmem który zgubił gdzieś filozofie i dumania techniczne nad owym przedmiotem pakowaliśmy się na szczyt cybucha.

Po tym fakcie zabawy było mało. Znudził nam się widok z góry wiec daliśmy się ponieść naszym nogom przechodząc przez najgorsze dla wrażliwego nosa z miejsc, wysypisko śmieci. Oczywiście skrajem tego nienaturalnego środowiska jednak więcej tego czynu nie powtórzymy. Dochodząc do granic miasta Radomia zobaczyliśmy:

2. Pustynie

Ogromne połacie piasku ogarniały nas zewsząd czuliśmy się jak na karawanie.

Po trosze bawiąc się w agentów Mosadu udało nam się uciec z tego miejsca i opróżnić obuwie z piasku.

Doszliśmy do obiecanej cywilizacji. Asfaltowa droga i gapiący się ludzie z przejeżdżających samochodów dali nam odczuć ze dziwni z nas leśni ludzie. Pozytywnym końcem podroży było przejście przez Las Kapturski (kto by przypuszczał ze takie lasy istnieją i to tuż przy zabudowaniach miasta), które koniec końców zaprowadziły nas na Zamłynie.

Oto koniec przygody, oschle pożegnaliśmy się z Karolem rzucając jakieś gadki o następnym wypadzie i razem z Polem poszliśmy w kierunku zachodzącego słońca, czyli na przystanek.

Rajd jak zwykle obfitował w wiele niezapomnianych chwil, które tylko nieliczni za pomocą nielicznych mieszanin wód mogą je wytrącić z naszych umysłów. Także przypominając sobie powyższe zdarzenia nie zapominamy że prawdziwej przyrody nie ma co szukać 2 przystanki PKP od miasta. Przynajmniej na północ od Radomia.

COPACABANA!

Wszelkie zażalenia odnośnie treści proszę składać do autora strony.

Relacja wg Dobrego

 

map10

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Dla weryfikacji, podaj brakujący składnik (liczbę) działania matematycznego: Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.