wedrowki.radom.pl

Jedlnia Kościelna – Kozienice 26 km. 29.IX.2006

Prolog

 

        Dzień w ojczystym kraju po wielkiej ( 4-miesiecznej) migracji do USA wystarczył ażeby umówić się na konkretny spacer po naszej pięknej Polskiej ziemi. Wybór trasy ustalił i szczegółowo palcem po mapie nakreślił nasz piękny wędrowiec Karol. Co by to nie było i tak byśmy się zgodzili i ruszyli za nim choćby z białymi kijkami i w ciemnych okularach.

Lec Go

 

        Nasza podroż naturalnie po już starannym obyciu się z łazienką i plecaku pełnym wina i mięsiwa na tak daleka wyprawę zaczęliśmy extra-dycyjnie spotykając się pod kasami dworca PKP. Nie minęło 5 minut a siedzieliśmy już w niesamowicie wygodnych i bardzo przyjemnie podgrzewanych, ( choć za oknem kilkanaście stopni) siedliskach z czerwonego tworzywa. Po wstępnych analizach kosztów wyprawy, po której najmniej w skarbonce ostało się Karolowi ( gdyż nie posiadał w ów dzień legitymacji żaka) ruszyliśmy w nieznane.

La Pod Róż

 

        Na stacji docelowej wartko, pełni młodzieńczego zapału i dziecięcej ciekawości świata szybciorem obyliśmy się z naturą, przyjaznymi spojrzeniami wiejskich chłopów spod monopolowego i czym prędzej trafiliśmy na zielony szlak ciesząc nasze pęcherze otaczającą zielenią a zieleń zaś naszymi… no właśnie. Warto dodać, iż niezwykłym zbiegiem okoliczności każdy z nas posiadał urządzenie do zapamiętywania wybranego widoku zwanym aparatem fotograficznym nie wiadomo czy telekinezą czy w jakiś inny nieznany sposób spoiliśmy w danym momencie nasze myśli. Faktem jest ze połączyło nas to zjawisko i stało się częstym tematem do rozmów, rozważań i wymieniania przyszłościowych pomysłów. Szlak był mało trudny i nie doskwierało słonce wiec i sił nie brakowałoby się rozglądać po otaczających nas zagadkach natury, jakim stal się m.in. niezidentyfikowany daszek ustawiony w centrum lasu wśród drzew. Hmmm pomyślał Puchatek – toż to chyba osłona przed deszczem. Nie – dodał tygrysek – Toż to żeby Ci kapucyn się nie obił przez spadające konary. Chyba sobie jajca szuracie – odezwał się Krzyś ( nie Krzysia nie było) wiec Zajączek – daszek ten to pozostałość po baterii na słoneczne promienie zasilającej porost grzybów w lesie. Chuja tam bateria – powiedziałem… i poszliśmy dalej.

Dalej

 

        Od jakiegoś czasu dwóch takich, co się im nudziło chyba a mianowicie Jarzombek i Karol zaczęli napominać o przygodach z leśnymi i nie tylko ( nie… nie o tym będzie mowa) wieżami, obserwatoriami eee jak to Karol nazwałeś?… dostrzegalniami?[przyp. waszkawaszka: nazwałem ze jest to dostrzegalnia przeciwpożarowa :)]. No konstrukcja takiej jest bardzo prosta niczym aluminiowe rusztowanie na platformę wiertniczą … chodzi o to żeby była wysoka ponad drzewa i… i tyle. No i żeby robiła takim malutkim ludzikom jak my ładne widoki w dal. Obaj wcześniej wymienieni panowie gmerali coś o wchodzeniu na takie cuda o prześlicznych widokach i przednim pomyśle coby taka konstrukcje gdzieś upatrzyć i ładnie rzecz ujmując – zaliczyć. Wstępu tego następstwem jest fakt, iż na granicy miasta Pionki istnieje Leśniczówka Polskich Lasów Państwowych a przy tym zacnym terytorium naszego sprzymierzeńca – wysoka jak nogi miss świata wieża obserwacyjna. Cel nasz był jasny! Zaliczyć miss świata! yyy wieże. Pełni optymizmu ruszyliśmy na spotkanie z jakimś leśniczym w jego centrum dowodzenia, który mógłby nam pożyczyć przyjemnych widoków z koniuszka stalowej konstrukcji. Wchodzimy do nowoczesnego jak na okolice zwartego zabudowania i szukamy kogoś potrafiącego mówić ludzkim głosem, co nie okazało się łatwym zadaniem gdyż coraz to nowi właściciele tudzież właścicielki pokoików i gabinecików odsyłali nas do innych swych towarzyszy i tak kręciliśmy się jak kopernikowskie planety z jednego piętra na drugie waląc po drodze wszystkie z możliwych ściem modulując co nieco nasz głos sprawiając wrażenie zdesperowanych studentów o łagodnych i pięknych obliczach. Cóż nikt się niestety nie nabrał i w końcu jakiś panocek opowiedział nam jak to możemy spaść z wysokości i ze mimo bajek nie mamy gumowych kości wiec nie będzie brać odpowiedzialności (hej!) i łagodnym tonem dal do zrozumienia ze mimo szczytnego celu możemy podwinąć ogony i udać się w swoja stronę. Tak tez zrobiliśmy mimo tego ze koledzy nie potrafili oderwać wzroku od naszej miss ( wcale im się nie dziwie) i poszliśmy wesołą gromadka szlakiem, którego następnym przystankiem okazał się Skansen Leśnej Kolei Wąskotorowej.

Skansen

 

        Cóż to był za widok, kiedy niepewni dalszych przygód właśnie odkryliśmy tę nieznaną. To, co dla Karola i Jarzombka stanowiło mniej miejsca w szortach dla mnie i Ukaszka było świetną atrakcja. Skansen Kolei Wąskotorowej, która to do lat 80-tych ubiegłego wieku funkcjonowała jako świetny środek transportu drewna z otaczającej puszczy. Historia ta jak wiele rzeczy w naszym kraju kończy się tragicznie. Wszelkie maszyny i pozostałości staja się łupem złomiarzy i poza kilkoma miłośnikami nikt już nie pamięta i zabytkowych i nietuzinkowych kolejkach. Aż do roku, 2005 kiedy to zostaje założona grupa partnerska „LOKOMOTYWA,”której celem staje się odbudowa infrastruktury i rozwój turystyki w regionie Puszczy Kozienickiej a m.in. odbudowa 20 kilometrowej ( z 50 kiedyś istniejących) trasy kolejki wąskotorowej. Dzięki tej inicjatywie byliśmy świadkami powstawania miejmy nadzieje udanego i efektownego pomysłu. Z zapartym tchem oglądaliśmy odrestaurowane i jeszcze w renowacji zabytki kolejnictwa a o przyszłości projektu rozmawialiśmy z jego współtwórcą. Opuszczając te niezwykłe miejsce zastanawialiśmy się bazując na naszych nieograniczonych umysłach jakież to szanse powodzenia i rozwinięcia ma ta akcja. Stwierdziliśmy ze poniżej przeciętnej ( prawda?) i ruszyliśmy ku zachodowi słońca.

Marsz Na Królewskie Źródła

 

        Kolejny etap podróży zaczął dawać się we znaki, więc dając odpocząć silnym mięśniom zrobiliśmy sobie przerwę na kawałek kanapki i wody pitnej. Z Ukaszkiem obraliśmy wygodny pieniek a Karol, z Jarzim usiedli maskując się w trawie. Po wspólnych marzeniach o ucięciu komara i Karola ‚prawie wpadce’ przy fotografowaniu narzuciliśmy niemrawe tempo w celu upragnionych źródeł. Okazało się to trudne do wykonania, bo zaskakiwały nas coraz to nowe zagadki przyrodnicze jak: dziwna odmiana sosny z odstającą korą czy efektownie wyglądające jeziorko z dziko rosnącą roślinnością. Jednakże w miarę upływającego czasu odnaleźliśmy się wśród tzw. królewskich źródeł. Jest to malowniczy teren dostosowany do zwiedzania w klapkach. My takowych nie posiadaliśmy wiec w miarę szybko obskoczyliśmy ładne krajobrazy i po drodze pokazując chyba leśnej zwierzynie, (choć zoofiliami nie jesteśmy) jacyśmy to tfardzi ma skromna osoba oraz Jarzombek przeszliśmy na zwalonym drzewie ponad piekielnie rwącym nurtem rzeki. Dalej pospieszyliśmy ku obiecanym źródełkom i czystej zdrowej wodzie, z której to jak później nam przeczytać było dane Król Polski Władzio Jagiełło czerpał wódę aż 23 raza. Hmm śmiały wyczyn, bo razem z Ukaszkiem i Karolem stwierdziliśmy, że na 1 poprzestaniemy gdyż woda okrutnie bila nie świeżymi jajcami ( interpretacja dowolna). Jarzombkowi chyba to nie przeszkadzało, bo nabrał wódę do bukłaka oraz w usta i gotowi do dalszej wędrówki udaliśmy się w końcowy etap naszej podróży.

Końcowy Etap Naszej Podróży

 

        Wole nie myśleć, co by się działo gdyby jeszcze kilka kilometrów, ale na szczęście mimo katuszy stóp dochodziliśmy do Kozienic po asfaltowej już drodze mijając wiejskie chatki leśna zwierzynę w tym m.in. dwa ślicznie wyglądające na polu uprawnym rude kocurki. Uwieczniając ten moment ruszyliśmy ku miastu. A w mieście… głodni zmęczeni i spragnieni za żadne skarby nie mogliśmy napotkać ani jednego sklepu który by zechciał wymienić nam walutę na kawałek chleba. Tracąc wszelkie nadzieje zapakowaliśmy nasze jędrne życie na fotel busa jadącego do Radomia i pojechaliśmy tam skąd nas przywiało. Mało rozmowni, bo to człowiek przemęczony a i tematy do rozmów zostały gdzieś w lesie jechaliśmy aż do granic cywilizacji, czyli naszego pięknego miasta, gdzie stwierdziłem, że pasująca mi bliskość rodzinnych okolic sprawi, iż na tym etapie zakończę moją podroż i prosząc kierowcę o nieprzewidziany postój opuściłem bryczkę myślami będąc na wieczornej celebracji przed rozpoczęcia roku akademickiego.

 

Wszystkie opisane wyżej zdarzenia do tylko strzęp z naszych wspomnień wiec nakłaniam wszystkich, których stać na buty, aby ruszyli w następną podróż razem z nami… lub nie.

Pozdro,
DOBRY

 

map9

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Dla weryfikacji, podaj brakujący składnik (liczbę) działania matematycznego: Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.