wedrowki.radom.pl

Przysucha – Szydłowiec PKP, 55 km 4-5.V.2006

4rty maja 2006 piątek

 

Od jakiegoś czasu szykowała nam się wyprawa do lasu. „Jakiś czas” znaczy jakiś rok. Realnych kształtów wszystko nabrało po wstrząsającej historii samotnego rajdu Karola. Jego wyczyn popchnął nas do konkretniejszych działań w kierunku zorganizowania wypadu co najmniej we trzech. Jak się okazało parę dni przed planowanym wyjazdem co najmniej znaczyć będzie co najwyżej. (…) Wypad planowany był na początek majowego łikendu. Pogoda jednak przyszła dziadowa i ku**s z tego wyrus. Nagła prognoza nagłej poprawy nagłej pogody nastąpiła 3go maja i wtedy właśnie postanowiliśmy właśnie uderzyć nazajutrz. Postanowiliśmy, znaczy, że było nas więcej niż jeden, ale jak już wspomniałem więcej niż trzy osoby się nie znalazły. Final-version skład mieścił: Ja, Karol i Dobry. (…)

Nabazgrałem się i jeszcze nic nie ruszyłem czwartego maja, dlategoż dzień ten, o dziabkę szatanisztycznej składni (04.05.06), opisywać już wypada. A więc:
Z rana samego, czyli o godzinie 6stej minut 25, znalazłem> się na dworcu PKS za sprawą komunikacji miejskiej. Ustawiliśmy się o godzinie 6stej minut 35, bowiem o godzinie 6stej minut 55 mieliśmy habrowóz do Przysuchy [Przysucha miastem nie jest, jeno dziurą, na co sama nazwa wskazuje]. Podczas sprawdzania osprzętu naszej drużyny-kabaniny stwierdziliśmy poważne uchybienia w wyposażeniu. Typu: primo – brak naczynia niepalnego, które służyłoby nam do przyrządzenia na ognisku tak znamienitej potrawy, jaką jest gorąca woda; drugo – brak srajtaśmy, którym toż brakiem zmartwiliśmy się nie na żarty. zaczęły wsiadać osoby płci przeciwnej do naszej, w strojach jasno oznajmujących stopień edukacji szkolnej. Już w niedługim czasie zaczęliśmy bacznie przypatrywać się obiektom wsiadającym i usadzającym się na pierwszych-lepszych-jak-najdalszych miejscach, byle dalej od nas – urzędujących na tyle. Po drodze rozmowy przybierały najróżniejsze tory i barwy.

 

Po rozmowach na dworcu przyszedł na wpakowanie się do autobanu i zakupieniu u Rysia-taxidrajwera biletów do celu naszej podróży tym jakże szlachetnym środkiem lokomocji. Nie prawdą jest, że trasa przebiegała zgodnie z naszymi wyobrażeniami ( ~p ). Nieprawdą jest, że cena za przejazd była zgodna z naszymi wyobrażeniami ( ~q ). Jak wiadomo z prawa De’Morgana: Koniunkcją dwóch zaprzeczeń jest zaprzeczenie alternatywy. Z tego jasno wynika ( => ), że nieprawdą jest, że trasa przebiegała zgodnie z naszymi wyobrażeniami lub cena za przejazd była zgodna z naszymi wyobrażeniami. Habrowóz jechał przez wioski o za***iście bajecznych nazwach jak: „Potworów”, „Wir”, „Przytyk”, a cena za tą wątpliwą przyjemność wynosiła całe ***ane 9,30 PLN, co słownie zapisuje się: dziewięć złotych i trzydzieści groszów. Szmat drogi za KWMR (Kazimierzowskie Wolne Miasto Radom) postanowiłem zrobić użytek z mego aparatu fotograficznego i strzelić foto chłopakom w habrowozie. (…) W niedługim czasie po niedoszłym akcie twórczym do autobanu zaczęły wsiadać osoby płci przeciwnej do naszej, w strojach jasno oznajmujących stopień edukacji szkolnej. Już w niedługim czasie zaczęliśmy bacznie przypatrywać się obiektom wsiadającym i usadzającym się na pierwszych-lepszych-jak-najdalszych miejscach, byle dalej od nas – urzędujących na tyle. Po drodze rozmowy przybierały najróżniejsze tory i barwy.

Przysucha (…)
Wychodzimy, kupujemy bułki i naszym oczom ukazuje się błyskotliwe rozwiązanie architektoniczne, które polega na tym, że blaszana buda pokroju większego kiosku stoi obudowana piętrowym domkiem z śiporeksu. Właściwie opowiadać można o tym długo, ale widoku tego obiektu oddać w pełni nie podobna. Karol zobaczywszy tenże obiekt zwrócił się do nas ‚Zobaczcie co tu się dzieje!’ Ze wzruszenia zrobiłem chłopakom zdjęcie wewnątrz tej niewątpliwie zaskakującej instalacji.

(…) Uważam za wyczyn w pewnej dziedzinie, ogrodzenie przyblokowego ogródka kawałkami szerokiej i masywnej bariery używanej przy szosach. Nie umiem dokładnie wytłumaczyć jaka to dziedzina, ale chyba wiadomo o jaką dziedzinę biega. Warto też wspomnieć, że przez trasę, jaką obrał nasz habrowóz, w Przysusze byliśmy o godzinie 8mej minut 30. Po odszukaniu szlaku zaczęliśmy kierować się w znajomym kierunku: Topornia. Myślałem, że trasę, którą parę razy już przeszedłem w życiu, co wystarczyło, by ją zapamiętać i czuć się pewnie na niej, przebędziemy szybko i bez ekscesów. Nie wyszliśmy jeszcze poza obszar Przysuchy, a już zgubiliśmy szlak. Weszliśmy w jakieś osiedle śmiesznych, dwupiętrowych bloków, które przyciągnęły naszą uwagę na tyle, że przegapiliśmy skręt szlaku w lewo i wy***ało nas gdzieś na jakieś totalnie prowincjonalne osiedle domków jednorodzinnych. Postanowiliśmy wrócić się na siagę przez te bloki i dojść do Toporni po szosie. Ku zdziwieniu naszemu doszliśmy do szlaku na brzegu osiedla, które notabene nosi imię mjr Hubala. Poszliśmy szlakiem w lasek. Po jakimś czasie znaki szlaku przestały się pojawiać na obiektach przydrożnych i poczuliśmy się znów trochę zagubieni, żeby nie powiedzieć zgubieni. Na moje widzi-misie poszliśmy drogą, która rzekomo doprowadziłaby nas do szosy i tym razem nie skorzystalibyśmy ze szlaku, jeśli przycięlibyśmy go po raz kolejny. Pomiar okazał się być nader szczęśliwy, bowiem wyszliśmy jakieś sto metrów przed drogą nad zalew.

Będąc tamże nie mogłem oprzeć się pokusie odwiedzenia miejsca związanego z jednym z ostatnich rajdów organizowanych przez ZHP, w którym braliśmy z Dobrym trochę udział. (…) Udaliśmy się drogą koło ośrodka, w którym spędziliśmy wiele szczęsnych chwil.

Dobry powiedział, że chyba burzą te domki w tym ośrodku, ale misie wydaje, że one po prostu są trochę unowocześnione. Teraz tyle się robi dla turystyki… Pewnie uznali, że w takich śmiesznych płaskich domkach będzie się klawo spać… Szlak cośtam zakręcał i szedł przez jakieś straszne masakry, które były jawnym kolanem, ale nie ma sensu o tym pisać, bo to nie miało sensu samo z siebie. Dobry dorwał jakiś patyk i uznał, że to dobry patyk na wieczorne kiełbasopieczenie. Przyznam, że zaniósł go daleko, ale potem go zostawił i nie chciało mu się po niego wracać, ale o tym jeszcze zdążę napisać. Patyk zaistniał po raz pierwszy przy pierwszym siku-postoju, którego to główną gwiazdą był od początku do końca Karol. Patyk zaistniał w ten sposób, że został trochę obsikany, co było dobrą okazją do przemyśleń nad przydatnością tego faktu. Obok polepszenia walorów smakowych pieczonych kiełbasek na tym patyku, pojawiały się również koncepty samoobronne. Potem wyszliśmy na otwarty teren i słonko znów pierdyknęło nam po czaszkach. (…) Było to około 30stu minut po godzinie 12stej w południe, co może polepszyć proces imaginacji warunków termicznych w jakich znajdowały się nasze młode i gibkie ciała. A chmurek nie było żadnych. Idąc dalej napotkaliśmy pewną Madamme Sud (z francuska Dama Południa) w konfekcji z kolekcji Dżordżo (z) Armenii chyba. Dama ze wrodzonym sobie kunsztem zapytała nas ‚Skąd idziecie wycieczka?’, my na to zgodnie z prawdą i obowiązującą konstytucją odpowiedzieliśmy ‚Z Przysuchy.’, Madamme Sud żądna wiedzy o naszej podróży kontynuowała swój wywiad ‚A gdzie idziecie?’, my na to podobnie jak wcześniej odpowiedzieliśmy ‚Do Szydłowca.’, tego Dama Południa nie mogła jednak już sobie wytłumaczyć i odpowiedziała nam z całą powagą ‚Kłamstwo!’. Nie udało nam się zmienić jej zdania w tej kwestii i na pożegnanie rzuciła nam jeszcze raz ‚Kłamstwo!’. Później zaczęliśmy się obawiać czy aby Madamme Sud nie jest kimś w rodzaju wyroczni i jej negacja naszego celu wycieczki oznacza po prostu to, że do Szydłowca nie dojdziemy. W Rudnie Dobry postanowił wdziać na dupę inny rodzaj odzieży i ku naszej lekkiej zazdrości zamienił w obecności kur długie spodnie na krótkie nachy. Dalej szliśmy taką alejką jakby i wiało i zobaczyliśmy jakieś ruiny PGR, obok których jak się okazało szlak nasz wiódł. Potem była jakaś lipna akcja z mini-plażą w maxi-kałuży, ale to nie jest za ciekawe w porównaniu do tego, co stało się parę metrów dalej. Otóż: na drodze leżał i wygrzewał łeb swój jedyny zaskroniec, którego widok wywołał okrzyk ‚Co to k***a jest?!’ z ust Dobrego. Zaskroniec tak trochę nas olał i wśliznął się w jakąś typową dziurę której nawet nie widać. Dobry pstryknął mu fotę komórką, ale moim zdaniem to to wygląda jak krzywy korzeń i bez komentarza ciężko się kapnąć będzie o co na tym zdjęciu biega. Dalej szliśmy pod górę pt. Krakowa podczas gdy minął nas na niebie jakiś wiertalocik, co wyglądał kapkę zagranicznie. Potem to już tylko szliśmy bez sensacji raczej aż do Borkowic. Co się działo w Borkowicach to napisze od nowego entera bo to taki przełomowy moment naszej wyprawy był. (…)

Szybciorem doszliśmy do centrum, które jeszcze szybciej przeszliśmy. Za namową Karola poszliśmy obejrzeć Dworek w Borkowicach. Czemu piszę Dworek z wielkiej literki? – z respektu dla wrażeń jakie nam przysporzył. (…) Dworek jest niezgorszy z wyglądu bryły zewnętrznej, leży w parku, w którym rosną drzewa za***iście stare oraz wielkie. Siedliśmy na schodach przed wejściem głównym. Okna, drzwi i otwory niezakratowane były zabite dechami i tabliczkami że cośtam „nie wdupcać się”, „grozi śmiertelną śmiercią” etc. Zrobiłem fotkę całego obiektu od frontu i z chłopakami na schodkach. Po chwili wspólnego posiłku bułczanego Dobry poszedł siku a wracając przyniósł wiadomości o położeniu otworu nieodeskowanego prowadzącego do piwnic. Chwila wahania i ekspedycja Dobry & ja wyruszyła na penetrację wnętrza Dworku. Niczym „naszynal dżeografik” wdupcyliśmy się przez dziurę do jakiejś rzeźni, łaźni czy co to kurna było. Zwiedziliśmy te lepiej oświetlone komnaty, aż głównym korytarzem doszliśmy do schodów, które z harkorowych ciemności prowadziły w stronę światła – na poziom parteru. Wpierniczyliśmy się w wąski korytarzyk dalej przez jakieś drzwi do sali, potem dalej, dalej. Wtedy doszliśmy do wielkiego holu którego widok zrobił mi w bani wielką pieczątkę. (…) Widok nie z tego wymiaru: pustka, półmrok, chłód i typowy zapach wielkiego pustego domu. Taki zapach ten tego… przygody. Wysokie schody na lewo na drugie piętro. Roz***ane lekko. Naprzeciw dawnego głównego wejścia obraz zagłady: dwie podłogi powyższych kondygnacji w postaci wręcz mielonej leżą naprzeciw drzwi wejściowych. Kupa gruzu i zgniłych belek wszędzie się wala. Zalukaliśmy w komnaty, ale nic zobaczyć się nie dało, bowiem wszędzie na parterze okna dechami pozabijane i ciemnica straszna. Ostrożnie żeśmy po schodach weszli na pięterko i zobaczyliśmy schody na poddasze. Zwiedzaliśmy piętro metr po metrze. W pokojach było jasno bo okna tu stały otwarte. W pokoju sąsiadującym z zawalonym holem krajobraz wyglądał też nieciekawie: cały strop pomieszczenia wyżej z***ał się do tego pokoju robiąc w nim istną rozpierduchę. Podczas jak ja patrzyłem tak sobie na ten burdel, Dobry stał w drzwiach nad dziurą przy głównym wejściu. Nagle słyszę z jego strony ‚Ktoś gada z Karolem!’. ‚Kto to?’ – zapytałem. Dobry jednak nie mógł sprecyzować profesji rozmówcy Karola. Zacząłem obawiać się, czy to przypadkiem nie jakiś kustosz czy policja pałacowa jakaś, bo byśmy mieli prze***ane jakby nas przydybali. Po dłuższej chwili koleś oddalił się od Karola i zgodnie z Dobrym postanowiliśmy: ‚Spie***lamy.’ Pierwsze kroki ku zrealizowaniu naszego błyskotliwego planu wszczęliśmy natychmiast. Zaraz jednak przyszła mi myśl, by dowiedzieć się od Karola czy droga jest wolna i czy bezpiecznie możemy wychodzić. Napisałem krótką wiadomość tekstową ale czekać na odpowiedź Dobry nie miał ochoty. Szybko spie***liliśmy do piwnic, gdzie trochę nieufnie podeszliśmy do okienka w pokoju-rzeźni, przez które weszliśmy. Dobry nie miał zamiaru nasłuchiwać czy ktoś idzie i wyznając zasadę „im szybciej wyjdziemy, tym szybciej będziemy znać swoje przeznaczenie i nie zeżre nas niecierpliwość” wypadł przez ów otwór i oznajmił mi ‚droga wolna.’ Wylazłem i z wielką satysfakcją i pełnymi gaciami wróciliśmy przed front Dworku, gdzie samotnie czekał Karol. Łapiąc za wodę i bułki, podjarani jak króliki na koksie, zaczęliśmy opowiadać cośmy widzieli w środku. Od Karola dowiedzieliśmy się za to że komórkę zostawił w domu by „odciąć się od cywilizacji”, a koleś, który z nim gadał, to jakiś turyst i że już sobie poszedł. Karol po naszej opowieści zachciał wejść do środka. Zdecydowaliśmy, że Dobry teraz zostanie popilnować manatków. (…)

Wchodzimy z Karolem do Dworku. Ta sama trasa na pierwsze piętro. Tam odwiedziny wcześniej nieznanych pomieszczeń: umywalni i sralni. Wejście na poddasze następowało po drewnianych, styranych schodach. Na półpięterko jakoś śmiało szło. Dalej moja ufność do konstrukcji zmalała co Karol to zauważywszy oznajmił po kolegowemu ‚Ty idź, a ja będę patrzył czy się nie ugina.’. Trochę nieuprzejmie, ale olałem jego dobre intencje i zgasiłem go ‚Po***ało ciebie chiba. To albo wytrzyma albo pie***lnie – nie będzie się uginać.’. Właściwie mógłbym opisywać nasze wrażenia z pobytu na poddaszu, ale raz, że misie nie chce, a dwa, że misie nie chce. W ogóle to nie ma sensu większego, bo wrażenia były jawnie nie do zduplikowania czy opisania nawet. Unikat. Podłoga zapadała się, jakby była z gumy albo nie wiem z czego. Wejście na strych niestety było już niedostępne – schodki wisiały nad dziurą dwa piętra w dół na łep. Karol speniał i zeszliśmy na pierwsze piętro. Tam jednak Karol znów speniał więc zeszliśmy na parter. Tam to samo, więc czując lekki niedosyt poszłem za Karolem do piwnic.

Czasami strach odbiera rozum. Wchodzę w ten korytarzyk ze schodami do piwnicy, patrzę, a mądrusi Karolek stoi na środku linoleum jakiegoś co leży tam, gdzie kiedyś podłoga była. Mówię z lekkim niepokojem ”K***a, Karol, złaźżesz z tego! Tu nie ma podłogi!’, on na to ‚Ahaś…’. I stoi dalej. ‚Złaź na boki! Tu nie ma podłogi, jest tylko jakieś liche linoleum na wierzchu!’, on ‚Ahaś…’. I stoi dalej i patrzy sobie ciągle pod nogi, jakby to nie były jego nogi, tylko jakiegoś pie***lniętego wariata obok. Wreszcie patrzy na mnie i mi mówi tak ‚Chodźmy już.’, za to ja już mu kopa chce zasadzić, ale boje się żeby nie wpaść w jakieś katakumby z nim przez to linoleum jakieś. (…) Wyszliśmy w kolejności wiekowej. (…)

Nabuzowani wrażeniami z wizyty w Dworku, stwierdziliśmy, że należałoby już uderzyć na szlak, bo siedzimy tam już półtorej godziny. Wstaliśmy z kamienno-betonowych schodków Dworku w Borkowicach i poszliśmy szlakiem, który najpierw prowadził koło sadu, który wyglądał jak jakieś kurde marsjańskie eksperymenty genetyczne, a potem weszliśmy w regularny las, gdzie bodajże na drodze leżała całkiem żywa żmija zygzakowata. Spie***liła szybciej niż zaskroniec w kszoki, więc z braku większych sensacji poszliśmy dalej. Tak, jak do tej pory c**jowe oznakowanie szlaku zielonego nie przeszkadzało nam, ponieważ trasa szła przez charakterystyczne tereny, tak teraz zaczęliśmy się wk***iać, bo z mapki niewiele mogliśmy wywnioskować, a drogi się mnożyły jak króliki. Podłoże drogi nagle zaczęło być z drewna. Ciekawy zabieg wizualny drewnianych pali położonych w poprzek miał także pewne efekty dźwiękowe, ale całą naszą uwagę nagle przykuł brutalny szelest w kszokach po prawej. Coś typowo spie***liło w las i tyleśmy to widzieli. Dobry stwierdził, że to widział, i że to wyglądało jak wilk. Zapytany czemu tak uważa, stwierdził, że to było szare, więc co to mogło być innego jak nie wilk. Pomyślałem ‚Psychoza udziela się wszystkim…’. Może to od słońca? Doszliśmy do jakiejś rzeczki, którą przekroczyć mogliśmy tylko chińskimi sposobami. Chłopaki poszli od lewej, ja od prawej. Ja szybciej przekroczyłem strumyk, który, jak teraz z mapką w łapie mogę stwierdzić, był dopływem Jabłonicy. (…) Dalej to już skumaliśmy się, że zgubiliśmy szlak na cacy. Doszliśmy do takiej bardziej cywilizowanej drogi, nad którą wisiała linia z prądem.

Po prawej między drzewami dostrzegłem sokolim moim wzrokiem jakieś chatki. Po lewej nic nie było widać, więc Karol zadecydował, że ‚Idziemy w stronę zwartych zabudowań.’. (…) W tym momencie poczuliśmy się, jakby przemówiła do nas ludzkim głosem książka do przedmiotu „Przysposobienie Obronne”. Poszliśmy tam i zadowoleni, że jesteśmy wśród cywilizacji, minęliśmy po prawej „zwarte zabudowania”. Po wyjściu na już raczej typowe odludzie, postanowiliśmy jednak wrócić się do „zwartych zabudowań” i spytać gospodarza o miejsce naszego aktualnego pobytu. Ja z mapką, Dobry z patykiem, obaj bez plecaków, „na luzaków”, wchodzimy na teren, dzieńdobrujemy i pytamy gdzie jesteśmy, bo CHYBA zabłądziliśmy. Babka bierze patrzy na mapkę i coś zaczyna kręcić, że bez okularów to nie widzi, to gospodarza woła, tamten przybiega, z okularkami i z dupy zaczyna wywiad: ‚Z Bryzgowa idziecie?’, ‚Nie, z Przysuchy.’, ‚Do Przysuchy idziecie?’, ‚Nie, do Szydłowca.’, ‚Czyli z Bryzgowa idziecie?’… My już lekko zakręceni, tamten podk***iony jakby ciągnie dalej ‚Ze szlaku Hubala idziecie?’, my właściwie nie znając nazewnictwa szlaków niepewnie mówimy, że chyba tak. Tamten już wk***iony, że coś my kręcimy. My zbici z tropu. Po jakimś czasie powolutku załapał skąd idziemy, ale nie mógł jeszcze pojąć gdzie idziemy. ‚Do Chlewisk!’ mówię ja, już lekko łapiąc k***icę. Gospodyni nagle wyjeżdża, że ‚W ogóle to jesteście w Woli Kuraszowej.’ Mnie już tyle wystarczy, dalej sobie poradzimy, dziękuję państwu za uwagę. Ale nie – tamten musi powiedzieć swoje. Pie***lca prawie dostaliśmy przy nim, ale wreszcie poszliśmy sobie. Wiemy tyle: Musimy się wrócić trochę i z miejsca, z którego wyszliśmy z lasu i poszliśmy w prawo, w kierunku „zwartych zabudowań”, skręcić musimy w lewo. Więc wychodzimy z zagrody i idziemy po Karola i plecaki. Nagle słyszymy ‚EEE!! NIE W TĘ STRONĘ!!’ – krzyczy cała rodzinka zgodnie chórem. My na to że ‚Taak, wieemyy! Kolegę i plecaki zostawiliśmy tam.’. Oni: ‚Aha… ALE NIE TAM!! W DRUGĄ STRONE!!’. Mówimy z Dobrym po cichu ‚Debile.’, ale nadal spokojni jak autokar mnichów tybetańskich tłumaczymy im, że ‚tam zaraz’, że ‚teraz tu, po plecaki i kolegę.’. Nie skumali. Ale olaliśmy ich i sru wracamy do Karola, żeby oznajmić mu radosną nowinę o tym, że zapie***lamy z powrotem. Idziemy już w pełnym rynsztunku i właśnie mijamy chatę. Mówię do chłopaków ‚Żeby tylko nas nie przyhaltował, bo będzie mogiła.’. ‚E! MŁODE!’ – oczywiście słyszymy za moment zza pleców. Gospodarz zaczyna nawijać, że jakbyśmy szli na czas to za skrót. ‚W ogóle to jesteście grupą?’ – pyta. Na to Karol odpowiada. Tym razem ożywia książkę do przedmiotu „Przedsiębiorczość”: ‚Nas trzech stanowi całą grupę.’. (…) Gospodarz (nie nazywam go „chłop”, bowiem ten tytuł będzie specjalnie zarezerwowany dla bohaterów wieczornych przygód) tłumaczy nam jeszcze, że szlak zobaczymy, koło wielkiej chałupy z siporeksu, i że tam mamy skręcić w lewo. To ja już wiem, że albo facet nie wie która to prawa, która to lewa, albo że jednak nie skumał, że idziemy „Z” a nie „DO” Przysuchy. No ale c**j już tam. Byle iść daleko stąd. Żegnamy się, a ten zaczyna dalej napie***lać, że szkoda, że nie idziemy na czas, ani większą grupą, bo on zna ten skrót, i że chętnie by nam wyjaśnił, i że on też kiedyś tak łaził, ale że to było trzydzieści lat temu i w ogóle był młodszy. K***a! Przestał wreszcie.

Idziemy dalej. Przechodzimy przez całą tą Wolę Kuraszową, która ciągnie się jak „Moda na sukces”, i dochodzimy na przedmieścia Rzucowa. Mijamy w ogóle jakiś suchy akwen, co wygląda całkiem tajemniczo z wysepką na środku, z wychodzącym w trawę molo (albo molem). Przechodzimy błyskawicznie przez te przedmieścia i lądujemy koło takich stawów hodowlanych. Idziemy szlakiem dookoła i dochodzimy w fajny cień pod laskiem, gdzie na balach rozpierdzielamy się i jak źli wpie***lamy suchie zupki chińskie. Ja postanawiam połazić bez butów, żeby mi nogi odpoczęły, a chłopaki nic nie postanawiają. Idziemy więc w las. Tu następuje punkt zwrotny wyprawy: Dobry zostawia badyla na postoju. Dalsza droga przebiega pod znakiem milczenia i nie klejenia się rozmowy. Na szczęście droga przez las trwa niecały kwadrans chyba i wchodzimy z powrotem w cywilizację – dochodzimy do Stefankowa. Tam, postanawiamy zaopatrzyć się w „żywność ogniskową” i w ewentualne trunki. W wyniku długich rozważań, postanawiamy, że Dobry bierze jeszcze jedno piwko na ognisko, i że obaj bierzemy banany i po czerwonym Impress’ie na miejscu. I już popijamy owe Impress’y przy opowieści Karola, który był przed sklepem, podczas naszych zakupów. Otóż: na ławeczce bez oparcia, przed sklepem siedział sobie starszy facet i w ostrym słoneczku sączył wygazowane piwko. Musiało go ono nieźle klepnąć w tym słoneczku, bo podobno nagle fiknął na tej ławeczce do tyłu i został w pozycji krytycznej unieruchomiony. Pozycja polegała na tym, że dupą wpadł w przestrzeń między ławeczką a ścianą sklepiku, a krytyczność polegała na tym, że ni hu hu nie mógł się wydostać własnoręcznie. ‚Ej! Pomóż mi!’ – poprosił Karola wisząc uwięziony jakby między dwoma wymiarami. Podziękowanie przyszło w słowach ‚Dziękuję ci. Jesteś dobrym człowiekiem.’. Chcąc poznać swojego wybawcę, jeszcze do nie dawna tragicznie uwięziony, zapytał Karola jak ma na imię, po czym podziękował mu jeszcze raz ‚Dziękuję ci, Karol. Jesteś dobrym człowiekiem.’.

Po skończonym odpoczynku poszliśmy pomiędzy domami Stefankowa w kierunku spotkania ze szlakiem czerwonym – który jak się domyśleliśmy, był już wcześniej wspomnianym szlakiem im. mjr Hubala. Zaraz po złączeniu szlaków, droga powiodła nas pod górę. Choć Skłobska Góra duża nie jest, na naszą kondycję ogólną i bieżące warunki fizyczne i atmosferyczne była czymś w rodzaju wyrypy. Strasznej wyrypy. Schodząc kapnąłem się, że ten odcinek znam już z pamiętnego Radomskiego. Potem na Karola skakał jakiś obcy pies. Potem znalazłem oryginalnego chrząszcza, którego nazwę przytoczę jutro, bo dziś nie chce misie dupska ruszyć po atlas robali. Potem odbiliśmy w prawo i idąc bardzo podmokłą drogą szukaliśmy strumyczka, w którego sąsiedztwie chcieliśmy nocować. Olbrzymie kałuże, paskudne błoto. Nagle doszliśmy do jakiejś siurconcej wody. Szerokości to miało z pół metra. Mętne, zarośnięte i w ogóle. „Każdy ma taki strumyk, na jaki zasłużył w poprzednim rajdzie.” ‚Trudno…’ – powiedzieliśmy i zaczęliśmy rozkładać namiot we wcześniej przydybanym miejscu. ‚Tu nikt nie przyjdzie. Kto by przeszedł przez te kałuże? Jesteśmy tu bezpieczni.’ – stwierdziliśmy. Nagle wokół zabrzmiał charakterystyczny dźwięk: ‚tut tut tut tut tut tut tut tut …’

‚T R A K T O R’ – przerażeni pomyśleliśmy. Traktor przez te kałuże przejedzie bez większych problemów. Stanęliśmy jak wryci i żaden z nas nie drgnął. Traktor wyłonił się na drodze zza drzew. Ciągnął furę, na której siedziało z dziesięciu chłopów. W totalnym bezruchu, jak podupceni powtarzaliśmy cicho ‚Żeby tylko nie stanęli, żeby tylko nie stanęli…’. Stanęli. Wyskoczyło z ośmiu i z piłami mechanicznymi zaczęli szurać po lesie, idąc w naszą stronę. ‚Tego zetniemy, co?’ – gadali do siebie. Każdy z nich po kolei zauważał nas wreszcie. My tu trauma i sramy po plecach. A ci spokojnie wrócili na furę i odjechali. Ciężki hardkor w głowie: czy zostajemy, czy spie***lamy? Bo nie wiadomo co takim chłopom strzeli do głowy. Jak wrócą tu ze sztachetami, żeby nas na***ać, to nie będzie chusteczkowo. Po długich obradach przy wpół-rozłożonym namiocie, zwieracze ścisnęliśmy i podjęliśmy mięską decyzję: zostajemy. Chłopaki mówili, że pie***li ich co się stanie, ale nie jestem pewien, czy nie mieli tak samo nasrane w gatkach jak ja. Była godzina 19sta więc trochę za późno na szukanie nowej miejscówki. Tuż przed 20stą siedzieliśmy już przy małym, milutkim ognisku z kiełbaskami, chlebkiem, krakersami, piwkiem. W lesie dochodziły nas dźwięki pił i spadających drzew. Około godziny 21szej nasza trauma powróciła: ‚tut tut tut tut tut tut tut tut …’. Noż k***a! J***ne chłopy na j***nym traktorze! Siedzieliśmy przy ognisku i wiedzieliśmy, że nie ma sensu nawet się kitrać za drzewa czy coś. Przejechali obok nas i skręcili w las, w odwrotną stronę, niż nasze miejsce ogniskowania. Długo nie wytrzymaliśmy przy ognisku. Padaliśmy na ryj po dniu pełnym niezłych wrażeń. Pobudkę nastawiliśmy na 8mą rano. Kilka minut po godzinie 22giej wszyscy już raczej spaliśmy. Spokojny to sen nie był, ale cośtam zawsze się odpoczęło. Nagle, budzę się, rozglądam się, a tu ciemno i cicho. Myślę sobie ‚pewnie już gdzieś 3cia, bo tak ciemno i w ogóle już wypoczęty się czuję’. iadam, szukam komunikator i odblokowuje go, by ujrzeć godzinę wskazującą środek nocy. A tu c**j wielki i szelki. Chłopaki widzę, że też siadają i pytają, która jest, bo oni czują się już wyspani. Nikt z nas nie mógł uwierzyć, że jest godzina 23cia i 18 minut i że spaliśmy tylko godzinę. Mózgi jednak były chyba mocno oczadzone przez skarpetki i wyziew z jap, bo zaczęliśmy wszyscy poważnie myśleć nad natychmiastowym wyjściem i kontynuowaniem rajdu w trybie nocnym. Dobry w przebłysku rozsądku zarządził, że prześpimy się jeszcze kapkę na siłę, bo to jednak stanowczo za wcześnie. Nie mogłem tej nocy usnąć. Nasłuchiwałem czy ktoś nas nie podchodzi. Co chwila słyszałem odgłos traktora w lesie. Ale to nie był traktor – to moja psychoza rodziła te przykre efekty dźwiękowe. Wydarzenia tego dnia mogę zakończyć w momencie, kiedy styrany nasłuchiwaniem traktora i wysłuchiwaniem chrapania i sapania Dobrego wreszcie zasnąłem.

(…)
Kszszsz… Bez odbioru. Ksz.

Fragmenty Drogiego Pamiętniczka Jarzombka.
Ocenzurowane i okrojone przez autora.

 

map3 map4

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Dla weryfikacji, podaj brakujący składnik (liczbę) działania matematycznego: Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.