wedrowki.radom.pl

Odrowąż – Szydłowiec PKP 33 km 29.XII.2009

Siedem i pół godziny do zachodu słońca …

 

      29 grudnia jako jeden z ostatnich dni 2009-go roku zaliczał się do tych dobrze wszystkim znanych zimowych najkrótszych dni w roku. Temperatura powietrza rano sięgała ok. -1 stopnia Celsjusza aby pod wieczór dojść do -5 stopni. Zimny wiatr potęgował uczucie chłodu. Z za chmur od samego rana jeszcze jadąc busem zauważyłem jak wygląda wschodzące słońce co zwiastowało dobre warunki do fotografowania. Trasa licząca w planach trzydzieści kilometrów musiała zakończyć się marszem po ciemku. Zgodnie z planem o godzinie 8:30 wysiedliśmy z busa w Odrowążu. Po zwiedzaniu miejscowego kościoła pod wezwaniem św. Jacka i św. Katarzyny udaliśmy się do sklepu uzupełnić nasze zaopatrzenie w dodatkową żywność. Z wizją bardzo krótkiego dnia udaliśmy się zaśnieżoną drogą w kierunku Niekłania.

 

Odrowąż – wieś na granicy Wzgórz Koneckich i Garbu Gielniowskiego. Osada powstała już w XI wieku. Prawa miejskie uzyskała w 1611 r., utraciła w 1869 r. Posiadłość rodu Odrowążów. Fundatorem pierwszego kościoła był Jacek Odrowąż (późniejszy święty). Kościół pochodzi z XVI w. przebudowany w XVII w. i XIX w. i powiększony o neogotycką kruchtę. W kościele znajduje się cenny obraz św. Jacka Odrowąża z XV w., który pochodzi z Krakowa z kościoła oo. Dominikanów. Kamienna chrzcielnica z XVI w.

 

      Po drodze do Niekłania mijały nas co pewien czas ostrożnie jadące samochody. Pierwsze kilometry rajdu upływały nam pod znakiem adoptowania się do trudnych warunków klimatycznych panujących tego dnia. Z każdą minutą podczas której nieustannie maszerowaliśmy przed siebie czułem jak organizm coraz bardziej się rozgrzewa i mimo marznącej twarzy pod kurtką robiło się coraz cieplej. Minęliśmy pierwszą wieś na naszej trasie o nazwie Wólka Plebańska. Przekroczyliśmy nieczynne dla ruchu pasażerskiego torowisko i po kilkunastu minutach dotarliśmy do Niekłania. Nie zagłębiając się daleko w zabudowania odbiliśmy wcześniej w stronę małej wsi Nadziejów. Pierwszy dłuższy przystanek zaplanowaliśmy w rezerwacie Skałki Piekło pod Niekłaniem. Zanim dotarliśmy do rezerwatu po drodze leśny dukt przywitał nas głębokimi koleinami wypełnionymi wodą. Na początku wydawało nam się że ominiemy jedną, lub dwie kałuże i wrócimy na drogę. Rzeczywistość jednak okazała się inna. Po drodze do rezerwatu co najmniej połowę odcinka musieliśmy forsować skrajem traktu omijając rozlewiska zamarzniętych kałuż wody. Dotarliśmy na pierwszy postój.

 

Pięć godzin do zachodu słońca …

 

Rezerwat Piekło pod Niekłaniem – rezerwat utworzony w 1959 r. na obszarze 6,30 ha w gminie Stąporków na Garbie Gielniowskim. Występują tu skałki piaskowcowe, które ukształtowała erozja wietrzna. Chroniona także jest paproć północna – zanokcica, porastająca wilgotne szczeliny.

 

      Skały będące główną atrakcją rezerwatu robią niesamowite wrażenie, szkoda tylko, że turyści odwiedzający to miejsce muszą koniecznie podpisywać się swoimi inicjałami na ścianach piaskowca – nie wygląda to zbyt atrakcyjnie. Po uzupełnieniu potrzebnych kalorii ruszyliśmy w dalszą drogę. Wędrowaliśmy niebieskim szlakiem poprzez przykryte śnieżnym puchem sosny. Na jeszcze świeżym śniegu widać było dużo śladów leśnej fauny. Droga zmieniała się bardzo szybko, szlak prowadził nas poprzez piękne zapomniane przez cywilizację leśne uroczyska, które o tej porze roku były mocno otulone białym puchem. Trudno było uwierzyć, że święta w tym roku upłynęły pod znakiem braku śniegu, który dopiero niespełna przed dwudziestoma czterema godzinami spadł na nowo. Po dłuższym czasie dotarliśmy do wsi Borek przez którą przeszliśmy w ciągu kilku minut. Opuszczając ostatnie zabudowania wkroczyliśmy na mocno zaśnieżoną i mało uczęszczaną drogę po której od czasu do czasu przejeżdżał obok nas samochód. Nie zdążyliśmy jeszcze odetchnąć od leśnych kałuż gdy mijając kolejną wieś o nazwie Rędocin szlak poprowadził nas w las pełen mało uczęszczanych ścieżek wypełnionych po brzegi przez zamarzającą tak utrudniającą nasz marsz wodę. Musieliśmy omijać kałuże schodząc ze ścieżek, obok których dodatkowymi przeszkodami oprócz połamanych gałęzi były zamarznięte bagna z bujną roślinnością. Po takiej niełatwej drodze kroczyliśmy w kierunku Góry Altany, gdzie zaplanowaliśmy kolejny postój. W między czasie weszliśmy na zielony szlak po którym idąc w stronę największego wzniesienia Ziemi Radomskiej napotkaliśmy miejsce bohaterskiej śmierci partyzantów usytuowanego nieopodal wsi Ciechostowice. Na obelisku widniał napis: Jak kamienie przez Boga rzucone na szaniec. Obelisk posiada płytę pamiątkową z nazwiskami poległych partyzantów. Widać, że został umieszczony w tym miejscu z informacją o poległych bohaterach dopiero po 1989 r., bowiem wcześniej w tym miejscu były tylko drewniane krzyże mieszczące się teraz za pomnikiem. Władza PRL-u nigdy nie pozwoliła na uczczenie pamięci poległych bohaterów i stało się to dopiero w wolnej Polsce. Po chwili zadumy ruszyliśmy dalej po czym dotarliśmy do kolejnego postoju.

 

Dwie godziny do zachodu słońca …

 

      Na szczycie Altany mającej 408 metrów n.p.m. planowaliśmy wejść na dostrzegalnię pożarów mającą ok. 32 metrów wysokości. Ponad konarami drzew rozpościera się przepiękna panorama na całą okolicę. Niestety nie udało nam się wejść ponieważ drzwi na wieże pozostały wcześniej zamknięte na głucho. Czasami trzeba odpuścić i tym razem tak się stało. Może nie zobaczyliśmy pięknej panoramy okolic, ale to nie oznaczało, że podczas tego rajdu widoków nam brakowało, ponieważ cała trasa jest bardzo malownicza. Po krótkiej przerwie, zmianie skarpetek na suche, posileniu się ruszyliśmy w dalszą drogę. Od tego czasu nie prowadziły nas już znakowane szlaki turystyczne i musieliśmy baczniej przyglądać się naszym mapom. Minęliśmy wieś Hucisko i z powrotem weszliśmy do zaśnieżonego lasu. Trakt którym wędrowaliśmy pozbawiony był wcześniej nam już dobrze znanych kałuż i mogliśmy troszkę nadgonić przemierzane kilometry. Podczas ruchu cały czas pilnowaliśmy mapy aby nie zboczyć z zaplanowanej wcześniej trasy. Częściej sięgaliśmy po kompas i częściej rozglądaliśmy się licząc mijane leśne przecinki oraz czas względem prędkości. Niebo ponad naszymi głowami robiło się coraz bardziej jednobarwne, monotonne i złowróżbnie przypominało nam o zachodzie słońca które i tak już zdążyło schować się za chmury. Wędrowaliśmy dalej rozmawiając na przeróżne tematy, raz po raz mijaliśmy kolejne skrzyżowania leśnych traktów. Zauważyliśmy, że temperatura powietrza spada coraz bardziej poniżej zera. Tempo marszu mieliśmy szybkie, dlatego nie odczuwaliśmy chłodu jaki z każdą chwilą coraz bardziej przenikał otaczającą nas zewsząd przyrodę. Po dwóch godzinach jednostajnego marszu usłyszeliśmy odgłosy samochodów dobiegających z trasy E-7 którą mieliśmy przekroczyć około pięć kilometrów na południe od Szydłowca. Przy trasie napotkaliśmy restaurację w której uzupełniliśmy swój zapas wody w znany napój z kofeiną. Wyglądaliśmy chyba na bardzo zmęczonych i przemokniętych bo panie z restauracji patrzyły się na nas wzrokiem pełnym współczucia. Na zewnątrz niebo wyglądało jakby ktoś wylał na nie ciemną toń atramentu..

 

Godzina 16:00 – słońce zaszło za horyzontem …

 

      Po zakupach w przydrożnej restauracji zrobiliśmy pod nieośnieżoną wiatą odpoczynek podczas którego napełniliśmy nasze brzuchy pokarmem oraz kolejny raz zmieniliśmy nasze skarpetki na suche. Po godzinie szesnastej gdy zrobiło się już zupełnie ciemno ruszyliśmy w drogę przekraczając drogę E-7. Las w nocy zmienia swoje oblicze o trzysta sześćdziesiąt stopni. To co za dnia wydawało się bezpieczne, zrozumiałe i widoczne, po ciemku wygląda zupełnie inaczej. Wpatrując się w dal wyobraźnia podpowiada, że coś się czai za zakrętem lub dwa metry z boku od ścieżki. Uczucie niepokoju potęgują także różnego rodzaju odgłosy dochodzące z tajemniczego lasu. Szliśmy jeszcze dokładniej kontrolując mapę, ponieważ po ciemku znacznie łatwiej się zagubić i mimo, że do odjazdu pociągu o godzinie 18:12 mieliśmy sporo czasu i dystans który nam pozostał powinniśmy pokonać bez problemów to gdzieś w nas zbierał się niepokój żeby nie zabłądzić. Latarki używaliśmy do czytania mapy i rozwiania wątpliwości co do kierunku dalszego marszu. Ponad głowami świeciła nam potężna latarnia którą była tarcza księżyca. Gdy wzrok przyzwyczaił się do ciemności i pewnie kroczyliśmy wzdłuż leśnego duktu, nagle stało się coś niespodziewanego co zmusiło nas do gwałtownego postoju w środku ciemnego i wrogiego lasu. Odgłosy naszych kroków po zamarzniętym śniegu zagłuszył głośny trzask dobiegający ze ściany lasu w sąsiedztwie naszej drogi. Po głośnym trzasku usłyszeliśmy jak coś rusza się zupełnie niedaleko nas. Otaczająca ciemność nie pozwalała nam dostrzec i odpowiedzieć na pytanie co towarzyszy nam w tak bliskiej odległości. Zatrzymaliśmy się: zaświeciłem latarką umieszczoną na czole białym światłem na przemian z czerwonym. W tym czasie Duras wyjął nóż i czekaliśmy na rozwój wydarzeń. Po dłuższym wpatrywaniu się w ciemną toń lasu powoli oglądając się za siebie zaczęliśmy iść dalej. Nie wiemy co to było, mogła to być zwykła gałąź spadająca pod wpływem oblepionego śniegu na ściółkę robiąc przy tym hałas. Niewątpliwie mógł być to też dzik, lub inny przedstawiciel leśnych zwierząt. Dźwięk ten napędził nam trochę strachu, po którym nie czuliśmy się już bezpiecznie aż do stacji PKP.

 

Dwie godziny po zachodzie słońca …

 

      Idąc w ciemności dotarliśmy do pierwszych zabudowań położonych nieopodal torów kolejowych z których słychać było nadjeżdżające pociągi. O godzinie 17:50 dotarliśmy do zamkniętego na głucho budynku stacji PKP Szydłowiec (oddalonej w linii prostej od miasta o pięć kilometrów) Pociąg osobowy jadący ze Skarżyska Kamiennej spóźnił się dwadzieścia minut. Po 33 kilometrach pieszego wędrowania zmęczeni ale szczęśliwi dojechaliśmy o godzinie 19:20 do Radomia.

 

waszkawaszka

 

map18

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Dla weryfikacji, podaj brakujący składnik (liczbę) działania matematycznego: Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.